LINKI

Godne polecenia blogi:

Rehyka
Polifonia
Szarotka
Ptasiek
Jej Pisanko
Arczi
Petrikauer
vanion

Szczególnie ważne linki:

Panaceum
Forum klasy 1d
Moja galeria
Ja w Gronie
Forum Artura o kapelach z P-kowa

Muzyka:

Myslovitz
Dżem
TSA
Coma
Akurat
Dezerter
Kult/Kazik/KNŻ
Pidżama Porno
Wilki
happysad
Hunter

Ziomalskie zespoły:)

Normalsi
Kuriozum
Amnezja
półNOC

Ciekawe:

Chrobry
Baldursite
Musical R&J
Dobry serwis z mp3
Dla gitarzystów
Kurs HTML
Radio ma w Ryja LoSUX
Bash


AntyPokemon
AntyPokemon
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

niedziela, maja 14, 2006

"Potęga trójki"

Latem, na rynku w Saleo Mai, zawsze było tłoczno. Wśród porozkładanych wszędzie straganów pełnych wszystkiego - broni, ubrań, przedmiotów codziennego użytku, czy choćby jedzenia - przechadzali się ludzie, krasnoludy, niziołki, a nawet gnomy. Ci ostatni namawiali do kupna wspaniałej broni, jednak mało kto mógł sobie na nią pozwolić. Choć rynek był niewielki, było na nim około tysiąca osób. Roiło się od kupców, złodziei, rolników, najemników, mężczyzn, kobiet z dziećmi i - ku uciesze wszystkich prócz tych ostatnich - kobiet lekkich obyczajów. Nawet ptaki nie bały się ludzi i trzeba było uważać, żeby ich nie podeptać. Najwięcej osób siedziało pod murem otaczającym rynek. Jedną z nich był pewien młodzieniec.
Miał długie ciemno-blond włosy i oczy koloru niebiesko-zielonego. Był ubrany w długą, czarną szatę z czerwonymi prążkami na rękawach, co oznaczało bycie absolwentem Uniwersytetu w Mandisor. Na plecach miał katanę - pozostałość po nauce budherckich sztuk walki. Z nudów przygrywał sobie na lutni i mruczał coś pod nosem.
Ktoś rzucił mu pod nogi miedziaka. Zdenerwował się.
- Czy ja wyglądam na żebraka!? - wrzasnął tak głośno, że wszystkie chodzące po ziemi ptaki nagle wystrzeliły w powietrze.
- Gorzej - rzucił niedbale jakiś brodaty kupiec. - Na wykształconego bezrobotnego.
- Gdyby pan... a co tam... - siedzący pod murem nie był arogancki, ale miał niezbyt mocne nerwy - gdybyś ty uczył się chociaż rok, zorientowałbyś się, że ten mały za tobą właśnie cię obrabia.
- Ej! Straże! - zawołał kupiec łapiąc za kark uciekającego niziołka.
- Nie! - zaczął krzyczeć mały złodziej. - Nie! Panie, oddam ci wszystko podwójnie! Ale nie wołaj straży.
- No dobra... Dawaj i zmykaj! No już!
- Przepraszam pana - do siedzącego pod murem podszedł jakiś inny kupiec, zdecydowanie bardziej zadbany i wyglądający na uczciwego - czy mógłbym mieć do pana prośbę?
Mówił z silnym budherckim akcentem.
- Oczywiście - odpowiedział głośno młodzieniec w czarnej szacie. - W czym mogę panu pomóc?
Zobaczył obrażoną minę brodatego kupca i uśmiechnął się lekko.
- Chciałbym... - kontynuował cicho Budherczyk. - bo jest pan dosyć...
- Mam na imię Anavrin. Edukację skończyłem niecałe dwa miesiące temu.
- Dherimun - przedstawił się kupiec. - A chciałbym, żebyś uczestniczył w eskorcie mojej karawany kupieckiej. Widzę, że znasz się na niejednym...
- No... dobrze - stwierdził, że i tak nie ma nic lepszego do roboty.

***

Tego samego dnia wieczorem Anavrin jechał już na białym koniu, którego podarowano mu, nazywając "zaliczką". Dostał go na własność i stwierdził, że powinien dać mu jakieś imię. Jednak nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Pilnował tyłów, a na przedzie kłusował doświadczony, emerytowany żołnierz, sir Caragher de Moiner.
Przez pół nocy droga była spokojna. Wiał lekki wiatr, a drzewa i krzewy sprawiały wrażenie, jakby ktoś się w nich poruszał. Jednak było to tylko złudzenie. Anavrin zastanawiał się nad tym, na co się zgodził. Wiedział, że jeśli ktoś zaatakuje karawanę, będzie zmuszony tego kogoś zabić. Nie bał się przeciwnika, bo znał dobrze wiele czarów ofensywnych, a nawet kilka defensywnych i leczniczych. Miał przy sobie bardzo ostrą katanę i ukryty sztylet. Czego więc się bał? Bał się samego zabójstwa. Wiedział, że żyje w czasach, gdy wzajemne zabijanie jest na porządku dziennym, ale bał się mimo tego.
Noc była gwieździsta. Anavrin stwierdził, że martwienie się na zapas nie jest dobrym pomysłem, więc przestał myśleć. Zaintrygował go ptak, który leciał wzdłuż drogi, którą podróżowali, już od dawna. Jednak rozmyślania przerwał mu krzyk Caraghera.
- Anavrin, gotuj się! Ktoś tam chyba jest!
Czarodziej podjechał bliżej wozu i spojrzał w miejsce wskazane przez rycerza. Ludzie ukrywali się w krzakach. Tego się właśnie obawiał. Że będzie musiał kogoś zabić. Jednak ludzie krzyczeli.
- Nie! Nie atakujcie nas! My tu tylko...
Nie byli uzbrojeni. Caragher powinien jednak wrócić na spokojną emeryturę.
- Caragher, nikogo groźnego tam nie ma. To tylko zwykli ludzie!
- Akurat! Co zwykli ludzie mogliby robić w krzakach?
- Skąd mam wiedzieć? - zapytał z lekkim uśmiechem młodzieniec. - Broni nie mają!
- No dobrze, ale jeśli komuś wbiją nóż w plecy, to tylko tobie!
- Caragher, może się zamienimy? - zaśmiał się cicho Anavrin, jednak rycerz tego nie dosłyszał.
Anavrin znów pogrążył się w rozmyślaniach. Tym razem myślał, co będzie jeśli zaatakuje ich większa grupa przeciwników. Czy poradzą sobie we dwójkę oni, dziewiętnastolatek, który przed dwoma miesiącami skończył studia, oraz wiekowy eks-rycerz, wszędzie widzący zagrożenie?
Po raz kolejny uświadomił sobie, że nie warto się nad tym zastanawiać, i przypomniał sobie o ptaku. Leciał wzdłuż drogi w dalszym ciągu. Bardzo inteligentny ptak, pomyślał Anavrin. Przyjrzał mu się dokładnie. Był to biały kruk. Anavrin był pewien, że ptak obrócił głowę i spojrzał mu w oczy.
- Anavrin! Lewa!
- Ten stary choleryk znów ma przywidzenia - powiedział sam do siebie Anavrin.
Jednak tym razem stary choleryk przywidzeń nie miał. W krzakach czaiło się pięciu bandytów w czerwonych strojach. Jeden z nich miał łuk, jeden był czarodziejem, a reszta skoczyła w stronę powozu.
Wyglądający na najsilniejszego z nich rzucił się na Caraghera. Rycerz spadł z konia, którego złodziej zdążył zarżnąć. Jednak podniósł się i dzielnie walczył z napastnikiem. Anavrin przez dziesięć sekund patrzył i podziwiał starego człowieka. Pomimo wieku walczył świetnie, mieczem władał wspaniale, a jego tarcza jakby sama wiedziała, gdzie się znaleźć, by ocalić właściciela. Zbir się wycofał, a Caragher pobiegł za nim, jednym ruchem miecza zabijając próbującego sklecić zaklęcie czarodzieja-bandytę. Woźnica oraz ochroniarze Dherimuna próbowali uciekać, ale łucznik, najmocniejszy punkt bandy napastników, zabił każdego z nich jednym strzałem z łuku. Anavrin nie wiedział, co stało się z Dherimunem, bo wóz został przewrócony. Co gorsza, z lasu wybiegła kolejna piątka bandytów. Anavrin zauważył, że nie może stać bezczynnie, i zaczął wypowiadać zaklęcie. Tymczasem Caragher sam uczynił martwymi dwóch bandytów obrotem wokół własnej osi z wyciągniętym mieczem. Jednak była to ostatnia rzecz, jaką zrobił. Piekielne dziesięć sekund... Piekielny łucznik...
- Nie! Caragher! - Anavrin przerwał inkantację i ruszył w kierunku starego rycerza.
- Anav... ri... Ich... łucz-n-nik... trucizn...
Nie dokończył.
Czarodziej stwierdził, że nie zdąży wypowiedzieć czaru, którym powstrzymałby jedną osobę. Nie mógł też rzucić czaru obszarowego, bo zabiłby Dherimuna i zniszczył jego wóz. Chwycił katanę i rzucił się na bandytów. Pchnął jednego z nich ostrzem, a łucznikowi nogą wytrącił łuk z rąk. Mam kilka sekund, nim go podniesie, myślał, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie kogoś pozbawił życia. Poczuł, że został uderzony młotem w ramię. W napadzie furii zamknął oczy, chwycił broń oburącz za rękojeść i obrócił się o 720 stopni. Trzech napastników nie żyło. Nie wiedział, jak to zrobił, ale coś go poruszyło i musiał pomścić starego rycerza. Walczył jeszcze z dwoma, trzeci dobiegał, a czwarty, łucznik, mierzył w czarodzieja.
Nagle stało się coś dziwnego. Dobiegający do Anavrina bandyta został udziobany przez lecącego kruka. Zginął na miejscu. Czarodziej zabił dwóch walczących z nim bandytów, ale w jego stronę leciała już strzała. Wiedział, że to koniec. Wiedział, że kończy się jego kariera. Wiedział, że za kilka sekund nie będzie już żył.
Jednak po raz drugi w ciągu minuty stało się coś nieprzewidywalnego: szybującą ku niemu z ogromną prędkością strzałę strąciła inna strzała, mknąca jeszcze szybciej. Był przekonany, ze jest tak ranny, że majaczy, jednak był ocalony. Żył. Nad nim w powietrzu unosił się kruk.
- Dobra robota, Drav - Anavrin usłyszał niezbyt cienki, ale niezwykle melodyjny głos.
Jego właścicielem był niewiele starszy od Anavrina elf. W jego oczach widać było waleczność i zawziętość. Ubrany był w zielony płaszcz, a w rękach trzymał łuk. To on ocalił czarodziejowi życie.
- Nie wiem, kim jesteś... ale jestem ci chyba dłużny życie.
- Drobiazg. No i przede wszystkim Dravovi. On cię tropił przez całą drogę...
Elf wystawił rękę, a kruk na niej przysiadł.
- Aha... więc tak... ale dlaczego?
- Z tego Dherimuna jest kawał łajzy. Choć absolutnie nie wygląda... Poza tym bandyci już dawno się na was ustawiali. Co się stało? Szanujący się bandyta nie napada na tak małą karawanę...
- Nie wiem. Tak w ogóle, to co tutaj robisz? Nie, żebym był ksenofobem, ale nie jesteście tu chyba lubiani...
- Wiesz... zaraz mnie wyśmiejesz, ale... szukam swojej siostry, którą zgubiłem.

***

- Tak właściwie to siostra przyrodnia - tłumaczył Anavrinowi elf. - Moja matka, elfka, do stałych kobiet nie należała. Gdy miała dość mojego ojca, zaczęła szukać wrażeń wśród ludzi. Mówiono, że jest niebrzydka, toteż szybko znalazła sobie "sponsora". No i mam. Siostrę półelfkę. Kapłanka z mandisorskiego klasztoru. Nie, nie przejmuj się, nie musi utrzymywać celibatu - dodał, uśmiechając się.
- Ale co się z nią stało? Porwano ją?
- Tak. Nie powiedziałem jeszcze o tym, że gdy mamusi się i człowiek znudził, nie zostawiła go, tak jak tatusia, na pastwę zawału. Najnormalniej w świecie zarżnęła. Nie wysiliła się zbytnio, zrobiła to, gdy spał. A teraz koledzy porwali jej córkę i chcą się zemścić. Nie dlatego, że go lubili. Sami mieli ochotę go ubić. Ale facet był nadziany. Także uwięzili moją siostrzyczkę, jakby nie wiedzieli, że matka się nią w ogóle nie interesuje. Klasyczna historyjka, prawda? Aha, moja siosta ma na imię Nadliera.
- Może to zabrzmi głupio... ale jak ty masz na imię?
- Corstan. A ciekaw jestem, jak ty...
- Anavrin. Miło cię poznać.
- Mnie ciebie również. Wreszcie jakaś przyjazna twarz.

***

- Był wspaniałym człowiekiem i ogromnie zasłużył się dla Saleo Mai. Wielu z nas ciągle nie chce uwierzyć w jego odejście. Jeśli ktoś zasługiwałby na miano człowieka honoru, to tylko on.
Anavrin i Corstan słuchali smętnego głosu kapłana odprawiającego zbiorowego pogrzebu w świątyni. Mówił od godziny o tym samym, a większość żałobników uwiesiła oczy na pięknym sklepieniu pędzla niezłego malarza, ilustrującym sceny z udziałem Boga.
- ... pozostawił żonę i niedawno dorosłego syna...
Rodzina sir Caraghera siedziała w pierwszym rzędzie. Jego żona i syn nie grzeszyli wybitną urodą, ale, o czym wiele razy wspominał kapłan, stary rycerz nie po wyglądzie oceniał ludzi. Jego syn mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- ... żegnajcie i głoście dobro, jak ten oto zmarły!
Czarodziej i elf odetchnęli z ulgą. Uroczystość skończyła się, a ludzie zaczęli wychodzić, rzucając pogardliwe spojrzenia w kierunku tego drugiego.
- Zginął na twoich oczach? - Anavrin usłyszał młody, chwiejący się głos.
Stał oko w oko z synem Caraghera.
- Przyjacielu, nie miał szans. Było ich dziesięciu...
- Nazywam się Anthonious. Nie mam do was pretensji. Chciałbym tylko...
Zrobił zrezygnowaną minę. Wyglądał na jeszcze brzydszego, niż zwykle.
- ... podróżować z wami, przyjaciele. Zatłuc każdego bandytę.
- Śmierć twojego ojca nie była moim zdaniem przypadkowa - powiedział z powagą Corstan.
- Wiem... w chwili, gdy umarł, czułem to. Poczułem jakąś dziwną siłę, a niedługo później dowiedziałem się o jego śmierci... Ojca i mnie coś łączy...
- Jeśli chcesz iść z nami, przygotuj się na pewne niebezpieczeńśtwa.
- Podjąłem decyzję. Moja matka zostaje pod opieką zakonu. Jeśli tylko nie będę wam ciążył...
- Wiesz, pasujesz do nas... A z wyglądu wynika, że nieźle machasz ostrzem.
Anavrin uścisnął mu rękę. Po chwili Corstan zrobił to samo.
- Każdy z nas... - zaczął Anavrin. - został praktycznie sam.
- Każdy z nas... - powiedział Anthonious. - ma problem z odnalezieniem samego siebie...
- Każdy z nas - dodał Corstan. - ma jakiś cel do zrealizowania...
Milcząc, opuścili świątynię. W poszukiwaniu własnych celów.

3 Komentarze:

Anonymous Anonimowy by...

Interesujące.
Czekam na ciąg dalszy.

Gratulacje.

5:24 PM  
Anonymous Anonimowy by...

A gdziez ja, drogi Krzaku, znajdę informacje o tobie jak masz na imie i ile lat? Ej... bo cholera mi to potrzebne;)

6:24 PM  
Blogger kszaq by...

o kurczę, boję się.
GG: 8849979

1:15 AM  

Prześlij komentarz

<< Home

Moje notki:


html,picture by KrzAK
powered & hosted by www.blogger.com